Kiedy w marcu 2024 roku ogłoszono zniesienie obowiązkowych prac domowych w szkołach podstawowych, wielu uczniów odetchnęło z ulgą. Wreszcie – koniec z wieczornymi maratonami przy biurku, koniec z płaczem nad zeszytem, koniec z obciążeniem uczniów i rodziców. Reforma miała przynieść ulgę. Młodzież miała mieć więcej czasu na rozwijanie pasji, odpoczynek i relacje. Brzmiało pięknie. Środowiska edukacyjne apelowały o zmianę podstawy programowej, styl prac domowych, a nie o usuwanie ich – bo co lepiej utrwala wiedzę niż powtarzanie? Niestety, obietnice wyborcze były ważniejsze niż rozwijanie kompetencji i umiejętności uczenia się u dzieci w szkołach podstawowych.
Dziś wiemy, że pomysł zniesienia prac domowych był kompletnie nieprzemyślany, a jego skutki odbijają się na uczniach, ich kompetencjach i całej ścieżce edukacji.
Instytut Badań Edukacyjnych właśnie opublikował pełny raport z ewaluacji reformy. I to nie jest lektura, którą da się czytać spokojnie. Tylko 10% nauczycieli uważa, że zmiany wyszły uczniom na dobre. A ponad 80% mówi wprost: skutki są negatywne – dla motywacji, samodzielności i systematyczności uczniów.
To nie są pojedyncze głosy frustracji. To krzyk środowiska, które na co dzień widzi, jak idealizm reform rozbija się o realia szkolnych korytarzy.
Reforma miała być gestem troski wobec dzieci. Ale nikt nie zapytał, co stanie się z odpowiedzialnością za własną naukę, kiedy szkoła przestanie ją konsekwentnie budować.
Z raportu IBE wynika, że:
91,3% nauczycieli klas IV–VIII ma trudności z utrwalaniem materiału,
84% widzi spadek motywacji,
79,9% – obniżenie poczucia odpowiedzialności za naukę,
76,9% – pogorszenie samodzielności uczniów.
U najmłodszych sytuacja wygląda podobnie: nauczyciele klas I–III raportują utratę systematyczności i samodzielności, a aż 82,4% z nich mówi wprost – dzieci nie potrafią już utrwalać wiedzy.
To, co miało uwolnić uczniów, w praktyce rozbiło ich rytm nauki. To, co miało zmniejszyć stres, zwiększyło chaos. Bo szkoła, w której nie ma jasno wyznaczonych ram i odpowiedzialności, przestaje być miejscem rozwoju – staje się placem przypadkowych zdarzeń.
„Dzieci mają teraz więcej czasu” – mówiła w październiku ministra Barbara Nowacka, podkreślając „pozytywny efekt reformy”. Tylko że – jak wskazuje IBE – ten czas nie jest czasem rozwoju.
Zamiast książek, są gry. Zamiast spotkań z rówieśnikami – scrollowanie TikToka. Zamiast przestrzeni na pasje – godziny online.
To nie jest wina uczniów. To naturalna konsekwencja braku struktury. Dzieci potrzebują ram, potrzebują wyzwań, potrzebują odpowiedzialności. Bez tego – dryfują.
Reforma nie przygotowała ani nauczycieli, ani rodziców, ani samych uczniów do nowego modelu uczenia się. Odebrała narzędzie, nie dając nic w zamian.
W raporcie IBE przewija się jeden wątek: bezsilność. Nauczyciele próbują łatać system na własną rękę – tworzą nieformalne ćwiczenia, projekty, zachęty. Ale wielu uczniów nie chce w tym uczestniczyć. Wielu nauczycieli czuje, że ich autorytet przestał istnieć.
Bo jak budować odpowiedzialność ucznia, jeśli praca domowa – symbol zaangażowania i samodzielności – przestaje mieć znaczenie? Jak mówić o przygotowaniu do życia, skoro szkoła przestaje wymagać?