Miała być rewolucja. Miał być przedmiot, który wreszcie połączy teorię z życiem – o zdrowiu psychicznym, fizycznym, odżywianiu, relacjach, dojrzewaniu, sieci. Szkoła, która uczy dbać o siebie, nie tylko zdawać. A wyszło… klasycznie po polsku.

Ministerstwo Edukacji Narodowej, Ministerstwo Zdrowia i Ministerstwo Sportu i Turystyki – trzy resorty, które miały wspólnie zbudować spójny system edukacji zdrowotnej. Zabrakło jednak koordynacji, odpowiedzialności i strategicznego przywództwa. Program został napisany, ale nie został wdrożony. Zamiast rzetelnej komunikacji i przygotowania szkół, mieliśmy fragmentaryczne działania, brak szkoleń dla nauczycieli i brak promocji wśród uczniów i rodziców. Zamiast koncentrować się na jakości i treści programu, publiczna debata została zdominowana przez jałowe dyskusje o ideologii, które nie miały nic wspólnego z rzeczywistymi potrzebami młodzieży.

Podstawa programowa obejmuje 11 obszarów – od zdrowia fizycznego, psychicznego i społecznego po odżywianie, aktywność, dojrzewanie, zdrowie seksualne, środowiskowe, cyfrowe i system ochrony zdrowia.

To nie jest ideologiczny dokument. To podręcznik życia – profilaktyka w najczystszej formie. A jednak uczyniono z niego przedmiot nieobowiązkowy, co w praktyce oznacza jego marginalizację.

Uczniowie stanęli przed wyborem: godzina odpoczynku czy godzina o zdrowiu. I trudno im się dziwić - w systemie, w którym nikt nie wyjaśnił, po co te zajęcia są i jak mogą realnie pomóc. W efekcie w wielu szkołach frekwencja spadła niemal do zera.

Według danych NFZ, ponad 20% dzieci w Polsce ma nadwagę lub otyłość, a wskaźniki problemów psychicznych wśród młodzieży rosną z roku na rok. Ale to nie kończy się na młodych. W 2019 roku nadmierną masę ciała – nadwagę lub otyłość – miało już 57% dorosłych Polaków. To nie jest marginalny problem – to kryzys zdrowia publicznego.

Bez edukacji zdrowotnej w szkole będziemy mieć dorosłych, którzy nie wiedzą, jak żyć w zdrowiu:

Jeśli młody człowiek nie zrozumie, jak działa jego ciało i mózg, nie zrozumie tego również jako dorosły. A wtedy skutki są już znacznie poważniejsze: nadciśnienie, cukrzyca, otyłość brzuszna, stany lękowe, wypalenie zawodowe. To właśnie tu zaczyna się dorosłe życie w kryzysie – nie z braku silnej woli, lecz z braku edukacji.

To nie kwestia jednego rządu, jednej decyzji ani jednego roku. To efekt lat zaniedbań i braku konsekwentnej polityki zdrowotnej w edukacji. Ale odpowiedzialność nie leży wyłącznie po stronie instytucji. Leży także po stronie społeczeństwa – rodziców, nauczycieli i uczniów.

Bo jeśli uznajemy, że lekcja o zdrowiu to „strata czasu”, to znaczy, że naprawdę nie rozumiemy, w jakim momencie jesteśmy. Nie nauczymy młodych troski o siebie, jeśli sami nie traktujemy zdrowia jako wartości nadrzędnej. Bez zrozumienia, że edukacja zdrowotna to nie przedmiot, lecz inwestycja w przyszłość, będziemy dalej dryfować między kryzysami, które sami sobie tworzymy.